czwartek, 23 maja 2013

1330. fioletowo mi

Post będzie dziś wyjątkowo fioletowy, a zbiegiem okoliczności nawet i bluzkę mam dziś liliową. Hm. Coś tu jest na rzeczy...

Zrobiłam wczoraj kartkę dla Pani z Dołu (tej samej, którą zalewa nasza wanna, sprawa nadal nierozwiązana, choć poznaliśmy już powód). Pani ma dziś operację, więc zawiesiłam jej rano na drzwiach kartkę wyzdrowieniową. A niech raz będzie korespondencja nie o hydraulikach :) Pani ma dwa koty, jednego czarnego z długaśną sierścią, drugiego krótkowłosa czarno białego, o imieniu Oreo. No to i na kartce musiał zaistnieć kot.


Druga kartka jest na jutro (ha! nie w ostatniej chwili! jest postęp!) - na urodziny dla biurowej koleżanki, wielbicielki obuwia. Mam też prezencik pasujący tematycznie.


Kolejna karteluszka - kwiecie malowane akwarelkami...


...z błyszczącymi akcentami w postaci glazury na płatkach i metalicznej koronki.



Oo! Rower bez fioletu! Chyba przez pomyłkę :D


Może te wszystkie fiolety zainspirowała wisząca donica petunii, zakupiona przez T (bo mnie brakło czasu)?


środa, 22 maja 2013

1329. sztalugi

Pierwsza kartka sztalugowa. Znów na ostatnią chwilę. Ostatnio większość dzieje się na ostatnią chwilę, czego nie lubię, ale nie za bardzo mi idzie naprawianie tej cechy. I co się odkopię, to spada na łepetynę jakaś nowa "atrakcja". Takie czasy nastały, może z wiekiem po prostu tak się dzieje.

Szefowa ma dziś urodziny. Piekło się rano super-szybkie ciasto (to akurat celowo zostawiam na rano, żeby jeszcze ciepłe zanieść na zakład, a robienie ciasta trwa jakieś pięć minut i siup do piekarnika.)

Za to kartkę można było zrobić już dawno. Bo od dawna chciałam spróbować ze sztalugą. To i jest, razem z psiuńciem, bo szefowa posiada pieska Gregory'ego.


wtorek, 21 maja 2013

1328. asortyment

Pisałam, zdaje się, kiedyś o asortymentach - od wczoraj mamy w pokoju kilka takich zestawów (jeszcze niekompletnych, brakuje dwóch elementów).


Chyba od razu wiadomo, o czym dzieci będą się uczyć podczas nadchodzącej szkółki niedzielnej :)

poniedziałek, 20 maja 2013

1327. on da frain again

Wybrałyśmy się wczoraj z Alicją do Chicago pociągiem - a co sobie będziemy żałować, kolejna babska wycieczka :) Nie chcę sobie przypisywać jakichs wygórowanych zasług, ale mam wrażenie, że właśnie wtedy Ala najwięcej mówi po polsku, a wręcz nawet jakby się starała grzebać w pamięci i wydobywać "babciowe" wyrazy - rzadko bardzo wychodzą zdania stuprocentowo poprawne (i pewnie jeszcze dłuuugo tak będzie), ale cieszę się z każdej próby. Na pewno wszystko rozumie - bo nie ma problemu z wykonywaniem poleceń czy odpowiadaniem na pytania (choć w domu te odpowiedzi są zwykle po angielsku).

Rączki is brudne - oznajmiła wczoraj w drodze powrotnej, a ja, niczym asystentka Adriana Monka, mam ostatnio przy sobie zawsze pakiecik z wilgotnymi chusteczkami i raz po raz wyciągam (a potem trzeba mieć przy sobie i śmietnik, przecież nie można ot-tak, ciepnąć byle gdzie).

Bardzo dziwne jest słowo określające wodę - mam wrażenie, że zmiksowała się w nim nasza polska woda i water, wymawiane po amerykańsku, przez d. Łooda.

Tata i Ala było mostku - taki komentarz wygłosiła w parku, gdzie chodzi z tatą, przez mostek właśnie. Ala likes mostku, a babci serce roście, bo też uwielbia mosty :) I inne struktury, na które jeszcze przyjdzie czas.

Są słowa, które zawsze występują po polsku - mleko, bajka, wycieczka, noga, buty. Ciekawe, czy przebywając wśród osób anglojęzycznych, Ala zaskakuje ich takimi wtrętami :)

Był też moment w parku, na huśtawce, kiedy nie mogłyśmy się dogadać, bo usłyszałam coś w rodzaju soko czy soka - i najpierw myślałam, że chodzi o grę w piłkę (której akurat przy sobie nie miałyśmy), bo Ala właśnie w tej okolicy grywa z tatą w soccer. Okazało się jednak, że był to chyba skrót od wysoko, żeby trochę wyżej ją popchnąć :)

No i jeszcze wyprodukowała jedno baaardzo długie zdanie, którego nie jestem w stanie powtórzyć, bo stanowiło okropnie skomplikowane połączenie polskich i angielskich słów oraz struktur gramatycznych - chodziło o to, że trzeba będzie mamie pokazać nogę obtartą przy upadku w parku. Aż mnie na chwilę przytkało, zanim sobie odtworzyłam, co autorka miała na myśli :) Nawet lubię te niekończące się zagadki - bo nie dość, że mamy do czynienia z językiem dziecięcym, jak wiadomo różniącym się od dorosłego, to jeszcze trzeba jeszcze skumać, z którego akurat języka się pobrało dane słowo.

No, ale bierzmy się za foto-sprawozdanie, poczynając od małych Karaibów, jakie urządziłyśmy sobie na balkonie.


Palma jest (T hoduje coś w rodzaju bonsai), niebieska woda jest, muszelki, rozgwiazdy i nawet pirackie skarby. I wędka, bo Ala niedawno dowiedziała się o łowieniu ryb. Dobrze, że babcia-kiszon miała pod ręką i haczyk, i stosowny kijaszek.


W Wietrznym Mieście wlazłyśmy najpierw do Union Station - spodziewałam się pięknych, marmurowych wnętrz, ale przyszło nam raczej wędrować podziemnymi lochami, gdzie pociagi buczą i syczą jak wielkie potwory... Myślałam, że Alicja będzie stamtąd wiać, gdzie pieprz rośnie, ale ona twardo ciągnęła się peronem, zatykając sobie symbolicznie jedno ucho.


Gdy wydostałyśmy się z powrotem na powierzchnię, objawiłyśmy się tuż przy wielkim globusie...


...oraz jednym z najwyższych budynków świata - z bardzo dziwną nazwą, bo pisze się Willis Tower, a czyta się Sears.


Jak Ala będzie trochę większa, to pojedziemy zapewne na szczyt Searsa, ale ponieważ to dość kosztowna wycieczka, zostawiam ją na bardziej "rozumiejące" czasy. Póki co, Ala zachwyca się wszelkimi drzwiami, nawet na skrzynce kontrolującej światła uliczne :)


Opanowało się też drzwi obrotowe, tylko trzeba ciutkę pomocy w zakresie siły, bo jednak są dość ciężkie.


Tyle kolejowej radości za 7$ - is going!


No i na koniec trzeba się było zebrać do wysiadania - poważna sprawa.


Wyhaczyłyśmy jeszcze po drodze broszurkę o kolejnej fajnej atrakcji - tym razem chyba i Dziadek się z nami zabierze. Zajeżdża się mianowicie do Miasta, a następnie wsiada do wodnej taksówki i płynie rzeką aż do jeziora.

I drugi pomysł jeszcze mam, tylko to wielka wyprawa na cały dzień: pociagiem Metra do Miasta, potem L-ką na lotnisko, potem po lotnisku pociągiem bez kierowcy... i z powrotem do domu. Jakieś pięć godzin na szynach :) - po ziemi, w tunelach i na rusztowaniach.

czwartek, 16 maja 2013

1326. szkieuka x 3

Po pierwsze - przybył wczoraj wyczekiwany od dwóch miesięcy teleskop. We wrześniu dostałam w pracy książkę z prezentami z okazji długoletniego zatrudnienia, w okolicach lutego zamówiłam teleskop (choć pierwotnie miały być garnki i patelnie, ale co tam, kupi się w Walmarcie, a teleskop jest fajny.)

Źródło

Wyskładałam go od razu w pracy, ale został mi metalowy kijaszek i jedna tajemnicza śrubka. Dopiero T w domu rozkminił, że to rodzaj stabilizatora, łączącego tubę z głowicą statywu.

Czekamy teraz na Księżyc - akurat jest fajna faza, w której brzeg jest potargany jak plasterek dziurawego sera. Wczoraj niby wyszedł, ale w miejscu nieosiągalnym dla nowego skopa (można wyjść, zabrać sprzęt, udać się na jakąś łąkę... ale bez przesady, zaś tacy ambitni nie jesteśmy.)

Za to popatrzyłam sobie wczoraj chwilę w mikroskop, który odjechał niestety z braku czasu na półkę w szafie. Obejrzałam pyłki przyczepione do pylnika...


Drugie zdjęcie to dolna część słupka - po raz kolejny potwierdza się, że natura pełna jest włosków i haczyków!


A trzecie szkieuka spadły dziś na mnie niespodziewanie w pracy - sprezentowano mi nieco koralików (w tym i szklanych), które inaczej powędrowałyby na śmietnik. W zestawie była też żyłka i igła - to i nawlekło się jeden sznurek. I mam wrażenie, że ten naszyjnik na mnie PATRZY!


Prezent zawierał również tacę do układania koralików - cóż za ułatwienie! Wiedziałam, że takie coś istnieje, zapewne przy tym nie jest drogie, ale jakoś nigdy się bliżej nie przyglądałam. A tu, jak się już ułoży koraliki w kolejności, to myk-myk i w pięć minut są na sznurku. I nawet jeśli trzeba połowę koralików zdjąć, bo człek sobie wymierzył za krótko, to też się ściąga cały rządek i zostawia w rowku, nie trzeba zaczynać od początku. Może nareszcie moje stada koralików doczekają się ponawlekania!

środa, 15 maja 2013

1325. mocno artystyczne zdjęcia spod wody

Nie za bardzo udaje nam się robić zdjęcia pod wodą. Najlepiej w sumie wyszło w Meksyku, w Tulum, gdzie zachłyśnięci podwodnymi cudami zapakowaliśmy mój najzwyklejszy w świecie aparat w kilka plastikowych woreczków z zaciskiem, obwiązaliśmy strukturę gumkami - i aparat przeżył pluskanie się w karaibskiej wodzie, a zarazem narobił nieco fotek. Oczywiście średniej jakości, ale z braku laku dobry kit.

Do Izraela jechaliśmy wyposażeni w specjalne, wypasione opakowanie na aparat. Śrubki, blaszki, szmaszki, plastiki... i kiszka z wodą - literalnie, bo Morze Czerwone wtrymiga dostało się do wnętrza i zabiło aparat. Karta jakimś cudem przeżyła niczym Noe w swojej arce i udało się odzyskać pliki, ale przez resztę wycieczki pstrykaliśmy zdjęcia moim niezawodnym gupikiem, który staram się trzymać z dala od ekstremalnych środowisk. (Nawiasem mówiąc, aparat ów miał być już wyrzucony, ale zakisiłam go i teraz korzysta Alicja.)

Ostatnio na Karaibach mieliśmy specjalny aparat podwodny, na film, ale rezultaty są, delikatnie mówiąc, mocno artystyczne, czyli plamiste i niewyraźne. Chyba jednak się w nim jakieś klepki rozeschły i woda wlazła do środka, czyniąc przy tym zmiany na filmie... No i wygląda na to, że nie zawsze przewijaliśmy film jako się należy i na niektórych klatkach mamy jakoby więcej niż jedną warstwę.

Tak, że chyba ten sprzęt też pójdzie na przemiał. Plan jest taki, że kiedy następnym razem będziemy się brać za snorkeling (nie wcześniej zapewne, niż za dwa lata), zaopatrzymy się może w jakąś tanią cyfrówkę do tego celu; z filmem, oprócz tego, że ma bardzo ograniczoną ilość zdjęć, są kłopoty w zakresie wywołania, bo "tanie" miejsca tego nie robią, a pieniądze wydane w droższych miejscach mają się nijak do jakości zdjęć.

Bez dalszego rozwlekania się schodzimy zatem pod wodę... bul - bul - bul.




Najważniejszą atrakcją było karmienie ryb z ręki, czego już więcej chyba nie będziemy robić, bo choć zachwyt z tego wynika niewąski, to jednak sucha karma dla zwierząt lądowych nie jest tu na miejscu i zapewne nie przyczynia się do naturalnego biegu przyrody.

Poniżej widać rybne pysoki, jak zajadają psiakostkę z mojej ręki.



Kiepskawemu pływakowi, takiemu jak ja, nie jest łatwo oddychać przez rurkę, jednocześnie robiąc zdjęcia i karmiąc ryby (dobrze, że się ma zakamarki w kostiumie kąpielowym - w sam raz nadają się do transportu psiakostek). Tak, że uchwycenie tych chwil na nawet bardzo bylejakich zdjęciach jest nie lada wyczynem.


No i jeszcze rzut obiektywu na podwodne struktury...



Jacques Cousteau pękłby ze śmiechu, widząc te nasze usiłowania, ale co tam, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma :) A i tak najważniejsze są wspomnienia w naszych własnych głowach.

wtorek, 14 maja 2013

1324. kilka staroci

Odwiedziliśmy w niedzielę skansen w niedalekim Rockford. Staroci tam od groma - miałam zatytułować niniejszy post "obrazki z graciarni", ale stopień uporządkowania eksponatów raczej do takiego tytułu nie pasował.

Widok pocztówkowy - stary młyn przy wjeździe do skansenu.

Koło nadgryzione zębem czasu. Aż słychać chrupanie.

Cieszy mnie, że Ala pędzi wszystko dotykać,
otwierać wszystkie drzwi. Chciałabym myśleć,
że ma to po babci :)

Niebo prosto z aparatu, PhotoShop nie maczał palców
w tej jaskrawości.

Staroć pod kuźnią.

Kilka szczegółów ze Sklepu ze Wszystkim.




Muzealna elegancja

Dla wnikliwych - torebunia z bliska.

poniedziałek, 13 maja 2013

1323. spóźnione klejenia

Nadeszła pora nadrabiania działań papierowych, jakoś ostatnio porzuconych na korzyść mikroskopu i czynności niezbędnych, narzuconych przez okoliczności. Mijają urodziny różnych osób, nadchodzą kolejne okazje - tom się i wzięła w sobotę za ekspresowe klejenie.

Pierwsza kartka to wspomnienie karaibskie - czarne palmy w embossingu na gorąco, tło domalowane akwarelami.


W drugiej kartce oprócz embossingu i akwareli jest ważne tło - pierwszy chyba raz w życiu zrobione za pomocą maski i psikania Glimmer Mistami.


Złocistym Glimmerem potraktowałam zresztą także i Karaiby, co widać na poniższych zbliżeniach...


...bo mam w pamięci złocisty blask zachodzącego słońca w San Juan w Puerto Rico.


W sobotę podczas tradycyjnej sesji Starbucksowej podgoniłam nieco Gromadziennik.



Cały rządek stron wygląda nadal tak...


...albo w ogóle nie wygląda jeszcze wcale :) Nic to, jest postęp - obecnie jestem trzy i pół wycieczki do tyłu zamiast sześciu albo siedmiu.

Aluminum fabrication

During our travels, I always try to look for factories and other places that offer tours showing how things are manufactured. This, of course, makes more sense in areas with more “civilization”, as we call it – it would be hard to expect an assembly line tour traveling through Utah’s deserts, for example. (They may hold other wonderful surprises, like bridges built over deep precipices – but that’s a slightly different type of attraction.)
Thus we have seen a brewery in nearby Milwaukee, a chocolate factory, a car plant in Detroit, a mint in Canada, a pottery studio, glass-blowing, paper-making… We haven’t been to a metal place, though. It sounds like Amediate Engineering (Aluminium, Stainless & Steel Sheet Metal Fabrication) would be just a perfect place to observe some of the processes of steel and aluminum fabrication.

The Team at Amediate Engineering comprises specialist stainless steel fabrication tradesmen with over 250 years combined experience. They are experts in covering boiler making, sheet metal fabrication work, stainless steel welding, site installations, as well as a range of other metal fabrication related services.
The work done by these stainless steel fabricators covers a range of specialist areas including design, custom fabrication, installation and project management for: Commercial, Industrial, shop fittings, beer systems, specialist trailers and a number of on site specialist fabrication fit outs.
Amediate Engineering Ltd. was founded in 1992 by Ken & Tania Brown-Bayliss. Ken is a qualified fitter and turner and over the last 20 years has built Amediate Engineering Ltd. with a reputation of designing and producing quality engineering products for all kinds of situations and getting them done on time.
Some of the company’s fabrication work includes:
  • Larger fabrication, machining and installation work of up to 10 tonnes for rail systems, breweries, communication companies, boat companies and many others.
  • Bar construction, covering innovative design, fabrication and fit out of brass beer taps and stainless steel systems for pubs, breweries,cafes and bars in various New Zealand locations.
  • Custom fabrication projects like shop fitting design, manufacture and installation for a hair dresser, surf & skate shop and many other smaller retail shops.



And, speaking of our own travels – we have recently visited the Caterpillar exhibit in Peoria, IL – we were very impressed with the giant truck shown in the building, but were also quite surprised at the variety of their products, including for example safety boots, which can even be purchased at the visitor center’s store. Hopefully, this wasn’t our last “industrial” trip – there is much more to see!